Życie i śmierć – jak strata szczurzycy wpłynęła na moje wybory kulinarne

Ostatnie zdjęcie, które zrobiłam Tokjo.


Uwaga: Ten wpis jest osobisty, a nie typowo edukacyjny.


Tydzień temu Tokjo, moja szczurzyca, został uśpiona. Była z nami przez prawie dwa lata. Była energiczna i inteligentna, a ja starałam się zapewnić jej dobre życie. Jednak tuż przed jej drugimi urodzinami, znalazłam pod jej skórą mały guzek. Okazało się, że jest to guz gruczołu mlekowego. Wiedziałem, że rak jest powszechny u szczurów, a moje szczurzyce się starzały (średnio żyją dwa lata), ale nie byłam przygotowany na to, co nadeszło.

Najpierw musiałam podjąć decyzję: nie robić nic i mieć nadzieję, że guz będzie rósł powoli i rak nie rozprzestrzeni się na inne organy lub operować i usunąć guza. Zdecydowałam się na drugą opcję. Guz był jeszcze mały, cięcie mogło być niewielkie, a szybkie działanie dawało szanse, że rak nie będzie się dalej rozprzestrzeniał i Tokjo będzie mogła żyć dłużej.

Operacja przebiegła pomyślnie, ale pierwszej nocy Tokjo zdjęła wszystkie szwy i w skórze pachwiny ziała dziura. Weterynarz zszył ją ponownie, a dodatkowo ranę zamknął metalowymi klamerkami. W ciągu kilku dni Tokjo udało się usunąć jedną z nich, a później przesunąć drugą. Na szczęście wydawało się, że rana dobrze się goi.

Jednak 10 dni po operacji wdało się zakażenie i pod skórą zaczęła zbierać się ropa. Antybiotyki zrobiły swoje i mimo, że otworzyła się nowa rana, ropa zniknęła i gojenie rozpoczęło się na nowo. Niestety Tokjo niewiele jadła, nie robiła kupy, a na drugim boku pojawił się nowy, duży, twardy guz. Z jej grzbietu została tylko skóra i kości, za to brzuch był rozdęty. Diagnoza weterynarza: zaczęły się rozwijać nowe guzy. Nic już nie dało się zrobić. Eutanazja została zaplanowana po weekendzie, ale w niedzielę Tokjo wyglądała tak źle, że uznałam, że lepiej będzie zrobić to jak najszybciej. Do ostatniej chwili starałam się zapewnić Tokjo jak największy komfort.

Cały proces (od operacji do śmierci) trwał nieco ponad trzy tygodnie. Przysporzył mi i Tokjo wiele stresu i bólu. Jej ból udało mi się częściowo uśmierzyć lekami, ale z moim miałam problemy. Słabo spałam. Wstawałam w nocy, żeby sprawdzić, co u niej. Jednocześnie za każdym razem, gdy brałam ją na ręce, bałam się, że odkryję, że coś nowego jest nie tak.

I ciągle myślałam: Czy podjęłam złą decyzję? Czy cierpiałaby mniej, gdybym nie zdecydowała się na operację? Chciałam przedłużyć jej życie, a co jeśli je skróciłam? Może gdyby nie była osłabiona operacją i zakażeniem, guzy nie rosłyby tak szybko? Czy mogę/mogłam zrobić dla niej coś więcej? I ostateczna decyzja o zakończeniu jej życia była bolesna, choć wiedziałam, że tak będzie dla niej lepiej.

W ostatnich tygodniach, a zwłaszcza w ostatnich dniach, dużo płakałam. Myślę, że jej choroba i umieranie dotknęły mnie bardziej niż jakakolwiek inna strata, której doświadczyłam wcześniej. Czy to dlatego, że moje własne decyzje i działania mogły spowodować niepotrzebny ból i przedwczesną śmierć Tokjo? Jej życie i śmierć były dosłownie w moich rękach.

I wtedy zdałam sobie sprawę, że życie innych inteligentnych, społecznych i empatycznych zwierząt jest również w moich rękach. Moje wybory kulinarne prowadzą do śmierci krów, świń, kurczaków… Mimo że już przez jakiś czas rzadko jadłam mięso (mój mąż jest wegetarianinem, a książka “Dead zone” Philipa Lymbery uzmysłowiła mi dobitnie jak bardzo produkcja mięsa jest szkodliwa dla środowiska i bioróżnorodności), teraz postanowiłam całkowicie z tym skończyć.

Zostałam wegetarianką.

(Jeszcze) nie weganką, ale zamierzam ograniczyć spożycie nabiału i jaj i kupować tylko produkty organiczne/biologiczne z certyfikatem “dobrego życia” dla zwierząt lub z innych źródeł dbających o ich dobrobyt (wcześniej próbowałam to robić, ale nie byłam zbyt rygorystyczna).

Mam nadzieję, że mniej zwierząt będzie cierpieć i umierać. Dzięki Tokjo.


You can find the English version of this post here.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *